Aweyden w podróży marzeń - dzień II
6.07.DZIEŃ II
Madryd-Valladolid-Osorno.
Zwabię oblubienicę i wyprowadzę ją na pustynię, i przemówię do jej serca. I tam odpowie Mi jak w dniu, w którym wychodziła z ziemi egipskiej. I stanie się w owym dniu - mówi Pan - że nazwie Mnie: Mąż mój, a już nie powie: Mój Baal. I poślubię cię sobie na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana».
Noc na lotnisku. Nie jest za wygodnie. Ale mam kocyk polarowy, na zimną posadzkę. Ale za długo nie da się tak spać. Ok 4 h snu. Mało. Ok 5 rano wstałem z mojego powiedzmy łoża, i poszedłem coś zjeść. Pojechałem do terminalu 4 gdzie ok 30 min szukałem kaplicy. W kaplicy spędziłem 2h. „Niech cię nawet sen nasz chwali”. Ciekawe było to, że co rusz ktoś wchodził do kaplicy. Kaplica nie była pusta. I tu kolejne moje zdziwienie. Przywykłem do sądzenia, że wiara w Europie zanika, i co jakiś czas doświadczam pozytywnego zaskoczenia. Tak jak w Brukseli, wszedłem sobie do kościółka, siedzieli tam ludzie w sile wieku, mężczyźni i kobiety. W człowieku pozostaje wciąż tęsknota za wiecznością. Są czasem dwa obrazy społeczeństwa: te z ulicy, i te z kościoła pozą nabożeństwami. Ludzie najwidoczniej wciąż potrzebują się wyciszyć, zamyślić, poszukać czegoś głębszego. Na dworcu kolejowym w Madrycie spotkałem Cecylię i Basię, z którymi razem wędrowaliśmy w poprzednich latach. Jechaliśmy razem do Valladolid i tam poszliśmy na - uwaga - Kebsa (kebaba). Ja pojechałem dalej do Frómista a dziewczyny nocowały w Valladolid.
Po raz kolejny widzę ludzi którzy się żegnają ... tym razem pociąg. Wnuczka z babcią pięknie się przeżegnały. Czy to tylko magiczny odruch bezpieczeństwa? Być może. Ale co by nie mówił to był znak krzyża uczyniony na czole, sercu i ramionach i to mi wystarczy.
Cnota zaś wymaga wysiłku. Wymaga długiego, starannego i nieprzerwanego do końca życia trudu. (Pius XII homilia podczas kanonizacji św. Marii Goretti).
Zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
No jeśli tak ma wyglądać przygoda to całkiem nieźle. Przegapiłem stację, wysiadłem na kolejnej. 20 km dalej. Godzina 20.00. Do noclegu 4h. Będę o północy. Nie mam wody. Jestem zmęczony i niewyspany. Bo czyż można wyspać się na lotnisku. Podejmuję decyzję że będę szukał noclegu w wiosce. W jednym hostelu mówią że jest już komplet. Pytam się czy coś tu jeszcze jest, kobieta wskazuje mi hostel 1,3 km oddalony od wioski, położony wzdłuż szosy. Idę. Barman każe mi czekać i daje znak że raczej się znajdzie, ale może to tylko mi się tak wydaje. Po 15 minutach czekania dostaję klucz do pokoju, super że tanio. Idę. Zastanawiałem się przez moment co byłoby gdyby okazało się że i tu nie ma wolnych pokoi. Sztuczna inteligencja podpowiada pytanie gospodarzy czy by przenocowali. Pewnie zrobiłbym to. A co gdyby nikt się nie zgodził? No to pozostaje rów poza wioską. To byłby już niezły numer. Dzięki Bogu wszystko się udało i piszę teraz na spokojnie końcówkę relacji dzisiejszego dnia. Przyznam, że nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Miał być nocleg we Fromista a jest w Osorno. Z 35 km zrobiło mi się na jutro 40 km. Zamierzam wyjść o 5.00 rano. Zobaczymy, jak będzie szło. Jutrzejszy dzień pokaże czy plany uda się przekuć w czyny. Dość ma dzień swojej biedy. Wdzięczny Bogu jestem za to, że mam dach nad głową, że się umyłem, pomodliłem a nawet Mszę odprawiłem w pokoju. Niestety kościoła nigdzie nie było, a przynajmniej nie zauważyłem. Może ze zmęczenia. Miejscowość w której nocuję nazywa się Osorno. To jest jedno z takich doświadczeń, których się nigdy nie zapomni. Rzadko zdarza się, żeby nie mieć gdzie przenocować, być zmęczonym, niewyspanym, nieumytym. Mógłbym zaśpiewać „Nie było miejsca dla Ciebie”, ale jednak było, jest, i jestem Bogu za to wdzięczny. Dobrej nocy. Buen Camino. Bóg jest dobry. Czuwa. Opiekuje się.


.jpeg)

Komentarze