poniedziałek, 19 października 2009

Postęp, tylko w czym?


Czymże jest miłość, jeśli nie umieraniem. Czymże jest poświęcenie się bez reszty jakiejś sprawie, jeśli nie ma się w sobie miłości. Czymże jest radość bez wewnętrznego pokoju sumienia. Czymże jest silna wola i czy można ją mieć bez zmagania się z własnym krzyżem?

„By ułuda nie uwiodła duszy”

Pan przestrzega nas przed tym, by nie doprowadzić do takiego stanu, w którym człowiek już nie wie, co jest dobre a co złe. By nie doprowadzić do takiego pomieszania wartości, że dobro i zło nie ma znaczenia obiektywnego, tylko każdy ma swoją subiektywną ocenę dobra i zła. By człowiek nie dał się okłamać, kiedy mówi się, że jesteś szczęśliwy wtedy, gdy jest ci wygodnie i z niczym nie masz trudności. Stąd właśnie biorą się m. in. rozwody, albo porzucanie stanu duchownego czy zakonnego. Nagle pojawia się na horyzoncie bardzo łatwa perspektywa przeżycia swojej przyszłości. Człowiek jest wtedy oszukiwany takim wewnętrznym głosem, że jeśli zrezygnujesz z twoich dotychczasowych strapień, trudności, problemów, (a więc „zejdziesz z krzyża"), to wszystko będzie o wiele łatwiejsze i swobodniejsze. Jest to jakże chwytliwa i pociągająca pokusa, która czasem jest nie do odparcia. Bo żeby oprzeć się takiej pokusie łatwego i bezstresowego życia, potrzebny jest Ktoś, kto po prostu jest potężny i może mnie wzmocnić w moich słabościach.

Zbawienie bez krzyża

Dzisiaj intensywnie i z wielką skutecznością lansowane jest „szczęście bez krzyża”. Propaguje się „życie z ograniczoną odpowiedzialnością”. Życie bez zobowiązań. Takie przeżywanie swojej doczesności, że jakiekolwiek trudności nie mają żadnej wartości dla mojego życia. We wszystkim ma być łatwo, lekko i przyjemnie. Oto recepta na szczęście. To w takim razie pytam się, jaki sens ma śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki sens mają sakramenty Kościoła, które są owocem śmierci Pana i stanowią dla nas drogę jednoczenia się z Panem? Pewnego rodzaju „teoria sukcesu” (masz być najlepszy) nie akceptuje faktu, że człowiek jest grzesznikiem, że mimo najszczerszych chęci, nie zawsze mamy rację, nie wszystko robimy najlepiej, nie zawsze to inni są winni. Przecież prawda o nas jest taka, że każdy z nas ma, w czym się nawracać. Ale, jeżeli ktoś wdrukuje mi przekonanie, że nie ma we mnie żadnych słabości, a z każdym wyrzutem sumienia współczesność potrafi sobie poradzić (alkohol, papierosy, narkotyki, seks, itd.), no to faktycznie człowiek tak długo jest wartościowy, jak długo coś mu wychodzi. A jak coś zaczyna funkcjonować nie tak jak by się tego spodziewało, wtedy współczesny postęp proponuje np. rozwód, zmianę partnera, więcej swobodnego szaleństwa, ostatecznie samobójstwo, aborcję, in vitro, eutanazję. No, bo co, wszystko mogę sobie załatwić, ze wszystkim ja człowiek dam sobie radę. Tylko jakoś nie myśli się o tym, co dalej? Co po rozwodzie, co po aborcji, samobójstwie, eutanazji? O tym mało kto mówi. Rzadko w mediach, poradnikach, porusza się kwestię odpowiedzialności za swoje wybory życiowe, odpowiedzialności za fundamentalne zmiany w funkcjonowaniu swojej rodziny i do czego mnie te zmiany prowadzą. Owszem, są problemy, trzeba je próbować rozwiązywać. Ale głupim jest ten, który sądzi, że wszystkie problemy można szybko rozwiązać. Życie to nie fikcja literacka, którą można preparować jak się chce.

Dlaczego dzisiaj człowiek tak bardzo boi się być sobą? Dlaczego dzisiaj człowiek tak bardzo skrywa swoje autentyczne uczucia pod maską wiecznego luzu? Skąd się bierze tyle przypadków narkomanii, alkoholizmu? No właśnie stąd, że człowiek nie chce przyznać się do tego, że jest słaby, że potrzebuje pomocy, że sam nieporadzi sobie w życiu. Pewnie najlepiej jest „strzelić sobie działkę” „walnąć półlitra” i po kłopocie. Tylko jutro też jest dzień, uśpione problemy na nowo odżyją i co?
Człowiek dzisiaj, pewnie nie tylko dzisiaj, nie ma prawa mieć problemów, nie ma prawa się smucić, bo jak to inni odbiorą? Brak samoakceptacji realnej własnej kondycji, brak przyglądania się historii własnego życia, prowadzi do stworzenia takiego sztucznego obrazu siebie samego, takiego człowieka-maszyny, bez uczuć, bez pragnień, który by móc „normalnie” funkcjonować, nie powinien wchodzić w refleksję na temat własnego życia, bo po co? Przecież o wiele łatwiej i szybciej można rozwiązać napięcia, które są w nas, wystarczy sięgnąć po „zbawiennego” i „dobrego na wszystko” dopalacza. Nie mogę przecież przyznać się do tego, że jestem słaby i że bardzo, ale to bardzo potrzebuję Boga i Jego mocy.

niedziela, 20 września 2009

Duchowy katar



Czasem daje się słyszeć takie stwierdzenia: „nie czuję miłości Bożej”, „nie czuję tego, że Bóg jest przy mnie", „nie czuję potrzeby chodzić do kościoła”, „nie czuję potrzeby by się spowiadać”, itd. Wcale nie przypadkowo pada to stwierdzenie „nie czuję”. W nim wyraża się głęboka prawda o człowieku, który „nie czuje Boga”. Pytanie, które się rodzi brzmi:, dlaczego? Dlaczego nie czujesz Boga? Co ci się stało? Kto cię znieczulił? Na skutek, jakich wydarzeń doszło do twojego duchowego przeziębienia, które nie mija?

Człowiek zakatarzony ma zaburzony zmysł powonienia. Oprócz pieczących nozdrzy nic innego nie czuje. Czy aromat jest intensywny czy nie, dla osoby przeziębionej i tak nie ma to większego znaczenia. Nawet, gdy Bóg jest blisko, i woń Jego poznania unosi się w przestrzeni, np. podczas Eucharystii, zawirusowany człowiek i tak łaskawości Boga nie wyczuwa.

Grzech jak wirus przedostaje się do duchowego organizmu. Rozprzestrzenia się po całej duchowej przestrzeni, paraliżując normalne funkcjonowanie człowieka. Nie jest kłamstwem owe stwierdzenie, że Bóg jest niewyczuwalny, że nie można Go doświadczyć, poczuć. Jak można doświadczyć Boga, skoro receptory są poważnie uszkodzone?

Przychodzi mi tu na myśl ewangeliczne opowiadanie o bogaczu i łazarzu, a szczególnie końcówka tego opowiadania. Jest tam mniej więcej takie spostrzeżenie, że chociażby sam anioł zstąpił z nieba i tak nie uwierzą! Tyle jest na świecie znaków dowodzących istnienia Boga, tyle gestów Jego ojcowskiej miłości, a człowiek jak był tak jest dalej ślepy, głuchy i na niczym się nie zna. Najgorsze w naszym życiu jest to, że ani zimni, ani gorący nie jesteśmy, tylko tak lawirujemy po dwóch światach: po świecie łaski i świecie grzechu, trochę tu, trochę tu. I ciągle stoimy w przeciągach, stąd ten nasz duchowy katar.

środa, 2 września 2009

wierność


Jakże wiele kosztuje pozostanie wiernym. Co jakiś czas wkrada się chęć posmakowania grzesznej przyjemności, chęć doświadczenia czegoś nowego. Przeciwnik kusi atrakcyjnością grzechu, nęci przyjemnością, ulgą, odprężeniem, swobodą itp. Jakże trudno jest toczyć bój wobec tak zaistniałej sytuacji, wobec tak silnego bodźca. Na terenie duszy toczy się walka o jej nieskazitelność, czyli walka o Boga. Ktoś, wiemy kto, jest pełen nienawiści wobec Boga i całej Jego harmonii. Sama myśl, że człowiek może być szczęśliwy jest nie do zaakceptowania przez głównego nieprzyjaciela człowieka.

Co tak na prawdę daje wytchnienie i spokój duszy? Czystość serca, to że jestem wewnętrznie wolny, nie muszę się wstydzić, udawać. nie muszę uciekać i chować się w "krzakach" przed Bogiem. Mogę być sobą, mogę cieszyć się życiem, pomimo jego ciężaru. Mogę swobodnie poruszać się po świecie, bo jestem przez Boga usprawiedliwiony, bo opłukuję moją duszę w Jego miłości, a moje grzechy On sam zmazuje Swoją krwią.

Jakże wiele walki kosztuje tak rozumiana wolność. Nie jest łatwo być wolnym, być czystego serca, być niewinnym.

Jednak, najciężej jest nosić na sobie piętno Kaina. O wiele ciężej jest żyć z poczuciem winy, żyć ze świadomością, że zrobiłem coś nie tak, ciągle coś partaczę, ciągle jest nie tak, jak być powinno. Ktoś wtedy nachalnie szepcze do ucha: "zobacz jak obraziłeś Boga, zobacz jak jesteś niewdzięczny, zobacz jak niegodny jesteś, zobacz, jak zmarnowałeś łaskę, zobacz jak znowu zawiodłeś". I dalej dobija: "nie warto się starać, nie warto być wiernym i tak tobie to nie wyjdzie, prędzej czy później zawiedziesz, dasz plamę, odwrócisz się" itd.

wierność to walka od której zależy szczęście albo coraz mocniej rozwijająca się życiowa pustka.

niedziela, 23 sierpnia 2009

dotyk i doświadczenie


Spróbuj kogoś poczuć nie widząc go, nie słysząc jego głosu, nie doświadczając jego bliskości? Istnieją relacje międzyludzkie "w sieci", przyjaźnie na odległość, ale czy wzajemne szczęście i wzajemna miłość możliwe są poza cielesnością?

Ciało. W nim wyraża się Osoba Jezusa. Jezus przyszedł w ciele, żył pośród nas na sposób ciała, umarł w ciele i wciąż zaprasza nas, abyśmy żyli w Nim poprzez bliskość cielesną. Bliskość cielesna z Jezusem, to coś więcej niż pobożne myślenie o Bogu. To coś więcej niż pobożna modlitwa zanoszona do Pana. Sam Pan chce wkraczać w nasze życie bardzo konkretnie, wręcz namacalnie. On chce, namacalnie działać w moim życiu. Dlaczego tak wiele osób nie angażuje się w w rozwój swojej wiary, gdyż nie doświadcza swojej relacji z Nim, nie doświadcza Jego piękna, Jego boskiej miłości, która przewyższa wszelkie ludzkie pomysły na miłość.

Karmić się Jezusem to pozwolić Jemu, by swobodnie we mnie działał. ale, żeby tak faktycznie było, muszę, po prostu muszę trochę pomarnować dla Niego czas, po prostu muszę zacząć trwać przed Nim, spędzać minuty na biernym (z pozoru) trwaniu przed Jego obliczem. I tutaj nasza natura natrafia na olbrzymią trudność. Jesteśmy przyzwyczajeni, klikamy i strona ma się nam otworzyć albo przyciskam "play" i ma lecieć. A tu, na modlitwie klikam i czekam, przyciskam "play" i czekam. Wołam i czekam. Proszę i...czekam.

Poić się Krwią Pana to napełniać się Jego życiem. Krew w wielu kulturach jest symbolem życia. A więc nie chodzi tu tylko o spożywanie Najświętszych postaci, chodzi o coś więcej, o karmienie się Jego przykładem, Jego nauką, Jego Słowem.

Najtrudniej jest tym, "którzy nie wierzą". Niewiara wyraża się w tym, że:
1. Człowiek słucha i niesłyszy Radosnej Nowiny o swoim życiu
2. Człowiek trwa w kłamstwie, będąc nieustannie oszukiwanym przez diabła
3. Człowiek jest przez niego trzymany, aby przypadkiem nie zachciało mu się zmiany życiowej (takie szpony, w których diabeł nas trzyma, kiedy nie myslimy o zmianie naszego postępowania)

Chyba najcięższym grzechem przeciwko miłości jest lekceważenie Nauki Jezusa. Jezus mówi do człowieka, a człowiek Go lekceważy. Jezus udowadnia człowiekowi, że go kocha, a człowiek nic. Owszem, człowiek nazywa siebie zaszczytnym imieniem chrześcijanina, ale tak na prawdę, nie ma z nim w praktyce nic wspólnego.

Jezus zaprasza mnie do bardzo konkretnego życia w Nim, bycia bardzo blisko Niego, ale w mojej duszy jest ciasno, za ciasno, owszem dla wielu pseudowartości miejsce zawsze się znajdzie, ale żeby tak Pan mógł swobodnie działać w moim życiu? Stąd dopóki nie wypłynę na głębie, dopóty nie będzie we mnie szczęścia i pełni człowieczeństwa.

czwartek, 11 czerwca 2009

Ciało


Ciało jest czymś nam najbliższym. Rodzimy się w ciele, żyjemy w ciele i umieramy w ciele. W ciele przyszedł Pan do nas, w ciele umarł, w ciele zmartwychwstał. W ciele doświadczył cierpienia, odrzucenia. W ciele doświadczał radości (uczta w Kanie Galilejskiej). Każdy z nas w ciele doświadcza radości, smutku, cierpienia. Funkcjonujemy w ciele. Ciało jest jak pojazd, żeby funkcjonowało, trzeba o nie dbać. Poprzez nasze ciało zły duch znajduje dostęp do naszej duszy. Zły kusi nas najczęściej na różnego typu uciechy cielesne, pożądliwości, wygodnictwo, swobodę obyczajów itp. Właśnie leci "Crush into me" Dave Matthews Band-niesamowita wrażliwość tak przy okazji.

Na sposób cielesny przychodzi również do mnie Pan. On nie jest "czymś pozornym", On nie jest wytworem ludzkiego umysłu. Nie wymyśliłem sobie Go, jak chcieliby "materialiści". On faktycznie przychodzi do mnie pokorny, mały do tego stopnia, że można Go zamknąć w dłoni.

Ja człowiek cieleśnie tak potężny, On Bóg cieleśnie tak mały. co to za logika? Jaki jest w tym sens? O co ci chodzi Panie? Co chcesz przez to powiedzieć? Może to, że mogę zrobić z Tobą co chcę, mogę nie uszanować Twojej pokory i beszcześcić twoje Ciało. Mogę się do Ciebie przyzwyczaić i przestać Cię słuchać. Mogę okazywać nad Tobą swoją władzę zamykając Cię w swojej dłoni. Mogę nie dostrzec Twojej lekcji pokory.

"Kim jesteś Ty Panie, a kim ja?" wołał kiedyś św. Franciszek. Dziwna jest ta Twoja wielkość, dziwny jest ten Twój potężny majestat, dziwne jest to Twoje milczenie. Nie pasujesz do obrazu bóstw potężnych, złowrogich, nieubłaganych... Ty Panie mój jesteś Mały, Skromny, Pokorny, Czysty, Cichy, Łagodny, Bezbronny, Delikatny.

Czy ja taki jestem...czy chcę być...

niedziela, 31 maja 2009

Zasmakować Boga


"Kto Ciebie Boże raz pojąć może, ten nic nie pragnie ni szuka". Jednym z problemów nas chrześcijan jest to, że rzadko smakujemy jak słodki jest Pan. Gdzieś trudno nam oderwać się od "smaczków tego świata". Nie delektujemy się Panem w Jego Słowie, Sakramentach. Paciorek w pośpiechu, "świąteczna spowiedźka" i "wybrakowana" Msza w Niedzielę, wybrakowana bo pozbawiona najważniejszego-Chrystusa Eucharystycznego w sercu. Czy żywienie się tylko kanapkami wystarcza, nasyca? Tym czym kanapki bez obiadu, tym modlitwa bez Sakramentu. I tacy wiecznie nienasyceni, nienajedzeni, nie spełnieni.

Czym można zaspokoić głód miłości?

Nowa jakość życia jaką wysłużył Chrystus czy jest moją rzeczywistością? Doświadczenie autentycznej miłości i wolności to tylko marzenie, piękny ideał, czy naturalne konsekwencje działania Ducha Świętego we mnie? A może to istnieje obok mnie, a ja tego nie widzę, nie wierzę, że wolność i piękno są w zasięgu ręki? Może jestem za leniwy albo za bardzo przywiązany do "ziemskości" i nie chcę "wypłynąć na głębię"?

O Panie, który Jesteś miłością, rozlej ją w moim sercu dzisiaj, obficie, bym mógł rodzić się na nowo. Ty, który jesteś pełen potęgi, Ty który władasz przestworzami, ulituj się nade mną. Ty, który pełen potęgi rządzisz wiecznością i czasem, nie pozwól, by dzieło Twojej miłości uległo zniszczeniu i zagładzie.

czwartek, 28 maja 2009

Kij w mrowisko

(Dz 22,30;23,6-11)
"W Jerozolimie trybun rzymski, chcąc dowiedzieć się dokładnie, o co Żydzi oskarżali Pawła, zdjął z niego więzy, rozkazał zebrać się arcykapłanom i całemu Sanhedrynowi i wyprowadziwszy Pawła stawił go przed nimi. Wiedząc zaś, że jedna część składa się z saduceuszów, a druga z faryzeuszów, wołał Paweł przed Sanhedrynem: Jestem faryzeuszem, bracia, i synem faryzeuszów, a stoję przed sądem za to, że spodziewam się zmartwychwstania umarłych. Gdy to powiedział, powstał spór między faryzeuszami i saduceuszami i doszło do rozdwojenia wśród zebranych. Saduceusze bowiem mówią, że nie ma zmartwychwstania, ani anioła, ani ducha, a faryzeusze uznają jedno i drugie. Zrobiła się wielka wrzawa, zerwali się niektórzy z uczonych w Piśmie spośród faryzeuszów, wykrzykiwali wojowniczo: Nie znajdujemy nic złego w tym człowieku. A jeśli naprawdę mówił do niego duch albo anioł? Kiedy doszło do wielkiego wzburzenia, trybun obawiając się, żeby nie rozszarpali Pawła, rozkazał żołnierzom zejść, zabrać go spośród nich i zaprowadzić do twierdzy. Następnej nocy ukazał mu się Pan. Odwagi! - powiedział - trzeba bowiem, żebyś i w Rzymie świadczył o Mnie tak, jak dawałeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie".

Ach ten Paweł. Kiedy dzisiaj rano słuchałem tego czytania na Eucharystii, to sobie pomyślałem, ten Paweł to skubany odważny jest. Kij w mrowisko włożył. Czasem mnie się wydaje, że być Bożym człowiekiem, to żyć z wszystkimi w zgodzie, z nikim się nie sprzeczać, mieć nieustannie taki święty spokój. A tu proszę bardzo mąż Boży wkłada kij w mrowisko, robi to świadomie, gdyż zna różnice poglądowe pomiędzy faryzeuszami a saduceuszami.

I to bardzo mocne "odwagi!", nie bój się.... nie bój się! Nie bój się trudności, nie bój się, że nie wszyscy się z tobą zgadzają. Nie bój się, że jest zadyma. Nie bój się, że będą trudności. Nie bój się, że będziesz musiał się zmagać... Ja jestem z tobą.

"Pokój wam" jak refren przeplata się w spotkaniach z Chrystusem zmartwychwstałym. A jednocześnie Pan w Ewangelii mówi, że przyszedł ogień rzucić na ziemię i jakże pragnie, aby on już zapłonął. Czasem trzeba porządnej burzy z obfitym deszczem, by ziemia odżyła i obudziło się życie. Po burzy lepiej się oddycha. Tak. W Słowie Bożym jest dużo pozornych sprzeczności. Pokój z ogniem, dziecko bawi się na norze kobry. Ten, co był odpowiedziałny za morderstwo Szczepana, teraz wkłada kij w mrowisko, powoduje wrzawę i zostaje wyniesiony do wizji mistycznych. Najmłodszy z apostołów, okazuje się najbardziej wytrwały.