wtorek, 15 maja 2012

Coś za coś

Wiadomo, profesjonalistą nie byłem, nie jestem i prawdopodobnie nie będę, ale chciałbym się podzielić pewnymi "spojrzeniami" no i myślę ciekawą nutką. video

czwartek, 10 maja 2012

Maryja


Żar

Czułości szuka każdy. Małżonek, ksiądz, siostra zakonna, gimnazjalistka, starzec. Każdy z nas szuka poczucia bycia kochanym i doświadczania tego na własnej skórze. Doświadczenie bliskości, wręcz intymności to potrzeba, która nie ma sobie równej. I w tę potrzebę wchodzi Najświętsza Matka Zbawiciela, by nauczyć uczniów Pańskich właściwej relacji ze swoim Synem. Relacji, która odwołuje się do serca, do tej najgłębszej ale też najbardziej zdradliwej rzeczywistości w człowieku. (No właśnie to serce, rzeczywistość najbardziej zdradliwa, a jednak najbardziej potrzebna, bo tej rzeczywistości żąda od nas Bóg)

Relacja

Owa relacja z Jezusem przypomina umiłowanego ucznia, który kładzie głowę na sercu Mistrza, tak, że czuje Jego bliskość. Modlitwa wyuczona, sucha, ujęta tylko w pojęcia, nie nasyci serca głodnego miłości. Jeżeli pojawiają się w naszym życiu różnego typu rekompensaty, odstępstwa, to najczęściej dlatego, że nie dbamy o żar swego wnętrza. I to dbanie o ten żar swojego serca jest walką, walką często z samym sobą. Dlaczego? A no dlatego, że czasem w nas samych nie znajdujemy drew, które moglibyśmy dorzucić do owego ognia miłości Bożej. Jak to zwykle mówimy, „stygniemy” na skutek rezygnacji z modlitwy dla setek różnych mało znaczących i nienasycających serca spraw. Owszem, modlitwa najlepiej idzie, gdy jest jakiś klimat, jakaś wzniosłość albo znowu kac moralny z powodu grzesznego upadku.

Przykład

Pobożność maryjna, inaczej relacja z Maryją jest dla mnie pewnym dylematem, bo niby różaniec jest, ale jakaś taka głębsza więź z Maryją. A przecież, jak tak człowiek sobie uświadomi kim jest Maryja w historii zbawienia i dlaczego gładzi głowę węża, wówczas zmienia się myślenie. Ta nienaruszalność i wolność od zamętu grzechowego to przecież to, czego każdy z nas myślę w głębi siebie samego bardzo pragnie. Myślę, że w głębi każdego z nas, bez względu na poziom doskonałości bądź grzeszności, każdy tęskni za harmonią, niesfałszowanym pokojem, czystą radością i miłosną relacją z Bogiem, który Sam jest MIŁOŚĆIĄ i który KOCHA tak, jak nikt kochać nie potrafi, kocha tak, że ta miłość powala. A jednak On jest też tajemnicą, nieuchwytny, ukryty w głębinach i tylko tam można Go znaleźć, w głębi siebie samego, w głębi ludzkiej refleksji a nie w przyzwyczajeniach. Dlatego Maryja jest tak bardzo nam potrzebna, bo ona umie być przy Nim zawsze. I ona może nauczyć mnie i ciebie rozpalania tego żaru, który trawi duszę i rozpala najgłębsze pragnienia. Ona jest pocieszycielką, wspomożeniem, królową, uzdrowieniem dlaczego, bo odbija w sobie to, co pochodzi od Niego, który w pełnym znaczeniu jest Pocieszycielem, uzdrowieniem, wspomożeniem, wybawieniem, odnowieniem, przebaczeniem, pięknem. Jeśli podziwiamy w Maryi jakieś przymioty to są one odbiciem samego Boga.

Piękno Maryi to zapowiedź piękna wszystkich zbawionych.

Proście, a otrzymacie

A jednak przyglądając się swojemu życiu, można dostrzec ogromną różnicę pomiędzy Maryją a mną. Zatem to upodobnienie się do Niej pozostaje niestety pragnieniem niezrealizowanym i żeby nie wrócić do punktu wyjścia, żeby nie utknąć na mieliźnie, trzeba się modlić o to, czego serce pragnie i prosić o rozpalenie żaru wieczności. Przecież kto prosi, ten otrzymuje, a zatem...

czwartek, 5 kwietnia 2012

30 srebrników


Tak łatwo jest wystawić siebie na sprzedaż. Tak wielu jest potencjalnych dealerów, handlujących ludźmi. Dzisiaj, tak jak w zamierzchłych czasach handluje się ludźmi. Zniewala się ich i zmusza do przymusowych działań. Tak działa każda substancja uzależniająca i każda forma zmysłowego uzależnienia. Człowiek podatny jest na tzw. „wabiki”, takie światowe świecidełka, które nęcą. Tymi świecidełkami handlują specjalni dealerzy: media, opinia publiczna, moda, współczesne prądy myślowe, rzekomy postęp cywilizacyjny. Natomiast wszystko co ma wartość, wszystko co wiąże się z systemem wartości przekazywanych z ojca na syna – uważa się dzisiaj za nie modne, nie życiowe, nie przystające do współczesnych czasów. I co w związku z tym się dzieje? Coraz więcej nowych form zniewolenia, coraz więcej chemicznej radości dopalanej, pobudzanej przez środki psychoaktywne. Gdyby zabrać dzisiejszemu człowiekowi leki psychotropowe, trawkę, papierosy, alkohol, internet, zobaczylibyśmy prawdziwych ludzi z krwi i kości, do żywego poszarpanych, znerwicowanych, zmęczonych, wyczerpanych szarą egzystencją.

Jezus wobec tych naszych pragnień bycia na topie, pragnień świętego spokoju mówi o zdradzie, mówi o tym, że życie takiego człowieka jest gorsze niż śmierć. Zdradzić Jezusa dla innych wartości niesie ze sobą tragiczne konsekwencje – człowiek przez zdradę traci życie. Judasz, gdy zdradził Pana, nie uwierzył w moc Chrystusowego Miłosierdzia. Przez swoją zdradę utracił nie tylko swoją godność (oderwał się od wspólnoty uczniów), ale też nie zapunktował u uczonych w Prawie, którzy zapłacili mu i dalej nim gardzili, a kiedy, kierowany wyrzutem sumienia chciał to wszystko odwrócić, odpowiedzieli mu, że ich nic to nie obchodzi. Może Judasz myślał, że jego zdrada nie przybierze takich konsekwencji, może myślał, że na Jezusa pokrzyczą i wypuszczą. Rzeczywistość jednak jest bardzie brutalna niż nasze przypuszczenia. Judasz nie mogąc poradzić sobie z poczuciem winy, ucieczkę znajduje w samobójstwie.

Ilu ludzi dzisiaj szuka uwolnienia w śmierci samobójczej. Myślą, że przez oderwanie od ziemskich problemów oderwą się od nich raz na zawsze, a tu chwilę później okazuje się, że problemy dopiero się zaczynają i mogą trwać poprzez całą wieczność. Wyobrażasz sobie taką niekończącą się tragedię, nie mające końca cierpienie za ziemskie błędy? Mówi się dzisiaj, że trzeba mówić o miłości Boga, a nie straszyć piekłem. Owszem, miłość priorytetem. Tylko czasem karmienie wiecznymi cieplutkimi słówkami bez odniesienia do eschatologii, może być jak takie jedzenie dużych ilości tortu. W końcu zaczyna robić się mdło i nawet najlepszy tort rodzi odruchy zwrotne i człowiek zaczyna mieć do niego obrzydzenie. Tak kończy się mówienie o miłości Boga bez konkretów, bez odniesienia do eschatologii.

A ja mówię, że jest sąd. Będzie wielkie podzielenie, wszystkie nasze słowa, myśli, czyny, zamiary, zaniedbania, będą osądzone i będzie wieczność. Nie chodzi mi tu o jakiś skrupulantyzm, o „prawny zamordyzm”, ale o to, że bez Jezusa mamy przerąbane. Istnieje rzeczywistość, o której nie mamy pojęcia, jak niebezpieczną może być dla nas, jeśli w swoim życiu przestaniemy słuchać Jezusa i pójdziemy za urzekającym blaskiem proponowanych przez współczesny świat godnych grzechu srebrników.

wtorek, 21 lutego 2012

Wielki Post - czas schodzenia w głąb siebie


Nie oznacza to bynajmniej, że poza Wielkim Postem nie trzeba schodzić wgłąb siebie. Chodzi o to, że Kościół Święta nasza Matka, w swojej mądrości daje nam pewien rytm rozwoju, rytm, który wprowadza nas w pewną dynamikę życia chrześcijańskiego. Jeśli słyszymy, że jest to czas stawiania akcentu na modlitwę post i jałmużnę, to chodzi tutaj o zaakcentowanie jakości tych rzeczywistości w nas. Wielki Post ma stać się czasem refleksji nad jakością tych trzech spraw w naszym życiu, jak też wchodzenia w praktykę. Jeżeli pozostaniemy w obszarze refleksji, a nie podejmiemy praktyki, wówczas przypominać będziemy faryzeuszy, którzy pouczają, mędrkują, a sami palcem nie ruszają osobistego nawrócenia. Wtedy pozostaniemy filozofami, którzy, może i wiele wiedzą i mądrze mówią czy piszą, ale tych kwestii nie wdrażają w swoją codzienność.

Modlitwa

Nigdy jej nie jest za dużo, jeśli faktycznie jest relacją, a nie tylko chwilą recytacji pięknych formuł. Kiedy krytykuję modlitwę jako „klepanie pacierzy” to wcale nie nie jestem przeciwnikiem tradycyjnego pacierza, różańca czy koronki do Bożego Miłosierdzia. Sam się nimi często karmię. Jestem natomiast zwolennikiem jakości na modlitwie, a więc żeby ten mój różaniec, koronka, faktycznie stawały się relacją, a nie monologiem. Jestem za mówieniem do Pana ale też jestem za słuchaniem tego, co On ma do powiedzenia. Wiadomo, na modlitwie jest czas, by się wygadać Panu, wylać przed Nim swoje serce. Jest to bardzo ważne, i to nasze serce trzeba wylewać przed Panem. To nasze serce znajduje się w różnym stanie, czy to radości aż po egzaltację, czy to w codzienności, gdy jest się zmęczonym i żadne wyższe uczucia nie rodzą się jak też w momentach kryzysowych, dołach, upadkach, niepowodzeniach, błędach, życiowych porażkach itp. Jednym słowem trzeba wylewać przed Panem to wszystko, co w nas siedzi, nie po to, żeby Pan się o tym dowiedział, ale bardziej po to, byśmy sami schodzili do swojego serca i mieli świadomość tego, co się z nami i w nas obecnie dzieje. Formuły modlitewne są piękne i ważne. Świętość tych słów jest balsamem na nasze skołatane, poranione serce. Różaniec czy koronka są niesamowitym balsamem, który gładzi popękaną skorupę naszych serc. Jednak, żeby nie zamknąć się w kręgu własnego „ja” potrzeba obiektywizacji tego, co się w nas dzieje, stąd właśnie na pomoc przychodzi nam Słowo Boże, które zawsze trafnie dotyka tego, co w nas siedzi. Słowo jest odpowiedzią na najgłębsze nasze pytania, dylematy. Polecam starą, sprawdzoną i nieustannie aktualną praktykę LECTIO DIVINA. Można o tym sobie poczytać, jest wiele różnych pozycji na ten temat. Jest to metoda oparta na wielowiekowych doświadczeniach. Przebiega ona przez poszczególne etapy począwszy od modlitwy przed czytaniem aż po kontemplację i wynikające z niej działanie.

Post

Ta rzeczywistość jest chyba najbardziej zaniedbana w naszym życiu, może dlatego, że dotyka ludzkich pożądliwości. Jest ona również spychana na margines, może poniekąd celowo, gdyż w rzeczy samej najbardziej obezwładnia naszego przeciwnika kusiciela. Stąd też jemu zależy, byśmy tę rzeczywistość pomijali w naszych staraniach. Znamy ten fragment, gdy Apostołowie z pewnego człowieka nie potrafili wyrzucić złego ducha. Pan Jezus mówi, że ten rodzaj złych duchów można wyrzucić jedynie modlitwą i postem. I jeśli mówię post, to nie chodzi mi tylko o nie jedzenie mięsa czy słodyczy. Chodzi tu o post o chlebie i wodzie. Chodzi o coś, co faktycznie jest trudne, fizycznie osłabia, ale jakże wzmacnia ducha. I tutaj gdy to czytasz, zapytaj siebie, ile razy przeżyłeś, przeżyłaś post o chlebie i wodzie? Ile było trudnych momentów w twoim życiu, jakiś zawirowań, i ile razy z tego wychodziłeś modlitwą i postem. A może ciągle wyją w tobie demony, bo nie chcesz zadać im gwałtu właśnie modlitwą i radykalnym postem? Jakże wiele jest skarbów Kościoła, które ciągle stoją u drzwi naszego serca nierozpakowane.

Jałmużna

Ofiarowanie bez oczekiwania na zwrot. Ofiarowanie swojego czasu moim bliskim, potrzebującym. Danie pieniędzy, dóbr materialnych tym, którzy są w potrzebie. Ofiarowanie swojego talentu na rzecz wzrostu życia Kościoła. Jest wiele form jałmużny, jednak najczęściej i chyba słusznie podkreśla się tutaj jałmużnę pieniężną. Ciągle mówimy że mamy za mało i ciągle żyjemy brakiem. Daj nawet z tego, co masz mało, a zobaczysz, jak wiele jednak masz. Zobaczysz też, jak zwraca się dwukrotnie dar ofiarowany.

Nie chcę tutaj robić jakiś sumiennych rozpraw na ten temat. Można sobie poczytać o tym w różnego typu słownikach, encyklopediach. Chcę tylko uwrażliwić siebie i was na to co jest naszym skarbem, a co znajduje się w sercu Kościoła.

wtorek, 14 lutego 2012

Głód miłości


Głód miłości. Każdy jej potrzebuje by żyć, choć każdy inaczej ją nazywa i gdzie indziej upatruje. Karmimy się wieloma rzeczami, może nawet już nie szukając miłości ale choćby jej okruszyn. Może już nam nie zależy by żyć pełnią serca, lecz tylko przeżyć dzień i zasnąć. No Bo tak, Bóg jest TAJEMNICĄ, a my potrzebujemy czegoś oczywistego. On jest NIEUCHWYTNY, a my potrzebujemy czegoś, czego się chwycimy. On jest DUCHEM, a my potrzebujemy czegoś na wskroś materialnego, „rzeczywistego”, czego będziemy mogli dotknąć i przytulić się.

I gdyby nie wiara, to faktycznie, Bóg jest fikcją. To właśnie łaska wiary otwiera rzeczywistość nieuchwytną ludzkimi rękami. Z wiarą jest jak z nałożeniem specjalnych okularów, przez które świat wokół nas i w nas ma zupełnie inną jakość. I co jest ciekawe, w dzisiejszym świecie, w którym ciągle coś złego się dzieje, wojny, konflikty, niebezpieczeństwo nuklearnych konfliktów, zanik poczucia wartości, a wzrost pseudowartości kierujących rzekomą „kulturą współczesną”, może sprawić w wielu ludziach utratę wiary w sensowność bycia uczniem Chrystusa. No bo przecież wszyscy wokoło dają sobie na luz, świetnie się bawią, to dlaczego ja mam żyć inaczej? Dlaczego mam podążać za czymś co jest tajemnicą, skoro tutaj realnie mogę świetnie się bawić?

Myślę, że chrześcijaństwo XXI wieku będzie, zresztą już tak powoli się staje - rzeczywistością ludzi dojrzałych, tych, którzy wiedzą, czego chcą, wiedzą, KOGO chcą. I może to jest jakiś znak czasu, że z jednej strony dużo ludzi przestaje mieć wrażliwość wyczuloną na Boga, półśrodki ich nie satysfakcjonują (przez półśrodki rozumiem, takie bycie pół-katolikiem, trochę wierzę trochę nie), a z drugiej strony pojawiają się ludzie, którzy potrafią uzasadnić swoją wiarę, nie tłumacząc tylko tym, że „wierzę, bo zawsze tak było”.

Dotykanie wieczności.

Nieustanną inspiracja dla mnie jest obraz „Wielka cisza”. Zawsze, kiedy sięgam po ten film, by obejrzeć choćby przez pół godziny życie kartuzów, rozpala się we mnie pragnienie dotykania i poruszania się w tej samej rzeczywistości, co „oni”. Ciągle powoli dociera do mnie, że ta rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki. Świat wiary ciągle jawi się jako obietnica, nowego nieba i nowej ziemi. To jest właśnie ten przedsmak, w który możemy wchodzić już tutaj. Ale potrzeba do tego wyciszenia, zamknięcia się w swojej izdebce i modlitwy do Boga, który widzi w ukryciu. I tutaj mnie zakonnikowi jest łatwiej niż np. małżonkom w rodzinie. Mnie dzieci nie płaczą, mam spokój w klasztorze, mam tę swoją izdebkę, gdzie mogę się zamknąć i modlić się w ukryciu do NIEGO. O wiele trudniej jest małżonkom o taką izdebkę.

I to jest chyba istota życia konsekrowanego, bycie z Bogiem sam na sam, w klimacie pewnego rodzaju samotności, która sama w sobie jest neutralna, a tylko ode mnie zależy czy stanie się jękiem osamotnienia, czy może stanie się przestrzenią spotkania sam na sam z Tym, który jest cały MIŁOŚCIĄ. Pod względem jakości miłowania i przeżywania miłości, stan zakonny góruje nad małżeńskim. Tutaj chcę by te słowa były wsparciem dla wszystkich osób konsekrowanych i celibatariuszy, którzy czasem sądzą, że są samotni, że lepiej jest kogoś sobie znaleźć, by móc cieszyć się miłością w doczesnym życiu. Tak naprawdę mamy skarb, z którego albo za rzadko albo w ogóle nie korzystamy. Mamy piec, który rozpala do czerwoności, mamy serce Boga, które nasyca w pełni. Jeśli jednak czegoś nam w tym wszystkim brakuje, to jest to oznaka naszego lenistwa, właśnie braku wiary w istnienie miłości, w której możemy mieć swoje spełnienie.

Wiem też, że sam wiele razy "nawaliłem", "dałem plamę", ale widzę też, że obietnica "nowego nieba i nowej ziemi" ciągle stoi przede mną otworem i woła. Pan ze mnie nie rezygnuje nawet gdy ja oddalam się od Niego. Nie chodzi tu o tłumaczenie lub bagatelizowanie swojej winy, chodzi raczej o nadzieję, która ciągle wzywa do wzrostu, do głębszego życia wewnątrz Trójcy Świętej.

Czas na spotkanie sam na sam. Izdebka. Postawa. Powierzenie siebie. Przyjmowanie, napełnianie się Nim.

wtorek, 31 stycznia 2012

Albo człowiek albo świnia


Człowiek działa po ludzku, świnia po „świńsku”. Jednak, jak patrzymy na życie nasze i wokół nas, widzimy, że te dwie rzeczywistości się przenikają. Człowiek robi wiele ”świńskich” rzeczy, a gdzieś w laboratoriach próbuje się uczłowieczyć świnię. Pan wyrzuca demony i pozwala im wejść w świnie. Świnie prowadzone przez demony giną w morzu. Człowiek który życiem bardziej przypomina świnię niż człowieka, asymiluje takim zachowaniem demony, które prowadzą go do morza świata, gdzie utopi się w światowych odmętach. Jezusowi bardziej zależy na człowieku niż na świniach. Człowieka ocala, a świniom pozwala zginąć. Człowiekiem jestem w pełni wtedy, gdy dbam o moje człowieczeństwo, natomiast upodabniam się do zwierzęcia, gdy kieruje mną zwierzęca filozofia - ” przetrwać i przedłużyć gatunek”.

Znowu pojawia się „albo albo”. Po raz kolejny obrywamy po nosie, gdy próbujemy żyć na zasadzie „i tego trochę i tego też”. Naturalnie są pewne nazwijmy to „mechanizmy”, które dzielimy ze zwierzętami, jednak my w odróżnieniu od zwierząt mamy rozum i wolną wolę, oraz duszę, w której odbija się światło Chrystusa. Zatem nie możemy usprawiedliwiać swoich grzechów na zasadzie „tak to już jest”.

Dlatego, albo przyciągam do swojego życia Jezusa, albo demony.

Poszukiwanie tego co nieuchwytne

video