czwartek, 26 listopada 2009

W słabości siła



Ilekroć niedomagam tylekroć jestem mocny mówi św. Paweł. O co chodzi? Czy chodzi o to by być słabym? Mam upodobanie w moich słabościach. O co ci chodzi Apostole Narodów? Czy mam chcieć być słabym, grzesznym, żeby doświadczyć mocy? A może nie trzeba tego chcieć, słabość sama przychodzi, słabość sama się uaktywnia, daje o sobie znać, często możemy ją dostrzec w naszej codzienności.

Wielu z nas może już niejednokrotnie przekonało się o krótkiej skuteczności swoich wysiłków w obieraniu postanowień. Że brakuje wytrwałości, cierpliwość kończy się i wzrasta nasza podatność na uległość pokusie. Obserwując siebie samych, własną codzienność, jak ją przeżywamy, można dojść do przekonania, że w dziedzinie wytrwałości, w wierności naszym wartościom jesteśmy słabi, samoniewystarczalni. Nasz zapał, nasza wydajność w pracy, w rodzinie, w społeczeństwie, nasza moralność wypala się, kurczy, a pod wpływem trudności zaczynamy szukać czegoś, co ulży naszej egzystencji, a co nie zawsze albo nawet rzadko zbliża nas do Boga. Wystarczy popatrzeć, jak wypoczywamy, jaką formę relaksu wybieramy, co daje nam odprężenie…?

W sytuacji przemęczenia, wypalenia, zniechęcenia, albo pogrążamy się w rozgoryczeniu, że życie obchodzi się z nami zbyt brutalnie, albo nasz stan odbieramy, jako sygnał by sięgnąć po pomoc i coś ze sobą zrobić. Pomoc pomoże przyjść od przyjaciół, którzy nas rozumieją, w pewnym sensie dzielą z nami codzienność. Pomocy szukamy również u specjalistów, po prostu u lekarzy, którzy maj nam pomóc radzić sobie z trudnościami. Tylko, no właśnie. Są to wskazówki, nauka metod, czyjaś ciepła obecność, ale pracę musimy wykonać sami i tutaj koło się zmyka, bo żeby móc coś ze sobą zrobić, nie wystarczy tylko chcieć, trzeba również mieć w sobie „tę moc” niezbędną do przezwyciężenia swojej słabości. Drugi człowiek wspiera jak potrafi, pokrzepia, pociesza, dodaje otuchy. Specjalista może naprowadzić na problem, pomóc go sobie uświadomić, skonfrontować się ze skalą trudności. Przepisze leki, wskaże metody radzenia sobie, może nawet poprowadzi zajęcia terapeutyczne, ale i tak cała praca przemiany dokonuje się w nas samych. Ażeby zmiana była faktyczna, muszą być uruchomione zasoby własne, tzn. wewnętrzna energia, która umożliwi skuteczne działanie. A przecież punktem wyjścia jest pytanie, jak zdobyć tę wewnętrzną moc (patrz tytuł).

Nie pokładajcie ufności w człowieku, który zbawić nie może

Już Psalmy wskazują na tę głęboką prawdę antropologiczną, że człowiek jest po prostu istotą kruchą i bez swojego Stwórcy i Twórcy (Pomysłodawcy) po prostu nie poradzi sobie w życiu w takim sensie, że nie osiągnie pełnej wolności, pełnego szczęścia w szarej codzienności. Czasem możemy sobie myśleć tak: gdybym był z kimś innym, gdzie indziej byłbym szczęśliwszy. Tak naprawdę problemów nie ma na zewnątrz, problemy są w nas, i gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli, wszędzie tam gdzie będziemy, tam również będą nasze problemy, które tam ze sobą zabierzemy. Owszem odpoczynek jest możliwy dzięki zmianie miejsca, zmianie otoczenia, itp., ale po odpoczynku wracamy do pracy, do tych samym problemów i może się okazać, że wraca nasza bezradność i brak umiejętności w radzeniu sobie z tym, co dla nas trudne.
Jeżeli czujesz się pusty, pozbawiony życia, jeżeli doświadczasz pustki, to dobrze, bo jest to szansa wypłynięcia na głębię swojej wiary w Chrystusa Pana. Doświadczenie pustki egzystencjalnej, bycia bezwartościowym, pozbawionym sensu i chęci, choć jakże trudne, daje możliwość doświadczenia czegoś, co przekracza ludzkie możliwości. Kto doświadcza cudu w Ewangelii: ci, którzy nie widzą, którzy są umarli, którzy są zniewoleni przez złego ducha.

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przeszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.

Jeśli czujesz się chorym, jeżeli masz się źle w swoim życiu i czujesz się nie w porządku wobec Boga, to jesteś tym, na kogo szczególnie z nadzieją patrzą Oczy Boga. Bynajmniej nie chodzi tu o to, by starać się usilnie być chorym, miewać się źle i robić wszystko by być nie w porządku wobec Boga. Nie trzeba tu się starać, wystarczy zrobić sobie porządny rachunek sumienia, by odnaleźć w sobie niezłego nieudacznika.

Faktycznie by przyjąć miłość Boga, Jego łaskę i moc, trzeba znaleźć w sobie miejsce, w którym miłość Boga zamieszka. A jakie naczynie jest najlepsze do tego by cokolwiek pomieścić w sobie, właśnie naczynie puste! Owszem ktoś powie, ale ja jestem naczyniem pękniętym, i nawet jak przyjmuję Jego łaskę, to i tak po paru dniach to wszystko marnuję. No to trzeba uszczelniać własne pęknięcia, „cementem sakramentu”, „klejem łaski Pana”, częściej niż dotąd. Jak ci się nie chcę to proś Go by dał ci „dar chcenia”, „dar głodu Boga”, głodu Jego miłości. Czasem trzeba zaczynać od proszenia o takie, wydawałoby się absurdalne rzeczy. Ale niestety przekonuję się coraz bardziej, że bardzo częstą przeszkodą w nawróceniu, uzdrowieniu zranień, jest po prostu brak chęci i wiary, że własna egzystencja może ulec diametralnej zmianie.

Boże, mój Ojcze. Niech Twoja miłość zrodzi we mnie głód pragnienia Ciebie, głód Twojej miłości. Spraw Swoją Ojcowską miłością, abym chciał być z Tobą, obudź we mnie pragnienie bycia z Tobą, pragnienie dzielenia z Tobą mojej codzienności.

poniedziałek, 19 października 2009

Postęp, tylko w czym?


Czymże jest miłość, jeśli nie umieraniem. Czymże jest poświęcenie się bez reszty jakiejś sprawie, jeśli nie ma się w sobie miłości. Czymże jest radość bez wewnętrznego pokoju sumienia. Czymże jest silna wola i czy można ją mieć bez zmagania się z własnym krzyżem?

„By ułuda nie uwiodła duszy”

Pan przestrzega nas przed tym, by nie doprowadzić do takiego stanu, w którym człowiek już nie wie, co jest dobre a co złe. By nie doprowadzić do takiego pomieszania wartości, że dobro i zło nie ma znaczenia obiektywnego, tylko każdy ma swoją subiektywną ocenę dobra i zła. By człowiek nie dał się okłamać, kiedy mówi się, że jesteś szczęśliwy wtedy, gdy jest ci wygodnie i z niczym nie masz trudności. Stąd właśnie biorą się m. in. rozwody, albo porzucanie stanu duchownego czy zakonnego. Nagle pojawia się na horyzoncie bardzo łatwa perspektywa przeżycia swojej przyszłości. Człowiek jest wtedy oszukiwany takim wewnętrznym głosem, że jeśli zrezygnujesz z twoich dotychczasowych strapień, trudności, problemów, (a więc „zejdziesz z krzyża"), to wszystko będzie o wiele łatwiejsze i swobodniejsze. Jest to jakże chwytliwa i pociągająca pokusa, która czasem jest nie do odparcia. Bo żeby oprzeć się takiej pokusie łatwego i bezstresowego życia, potrzebny jest Ktoś, kto po prostu jest potężny i może mnie wzmocnić w moich słabościach.

Zbawienie bez krzyża

Dzisiaj intensywnie i z wielką skutecznością lansowane jest „szczęście bez krzyża”. Propaguje się „życie z ograniczoną odpowiedzialnością”. Życie bez zobowiązań. Takie przeżywanie swojej doczesności, że jakiekolwiek trudności nie mają żadnej wartości dla mojego życia. We wszystkim ma być łatwo, lekko i przyjemnie. Oto recepta na szczęście. To w takim razie pytam się, jaki sens ma śmierć Jezusa na krzyżu? Jaki sens mają sakramenty Kościoła, które są owocem śmierci Pana i stanowią dla nas drogę jednoczenia się z Panem? Pewnego rodzaju „teoria sukcesu” (masz być najlepszy) nie akceptuje faktu, że człowiek jest grzesznikiem, że mimo najszczerszych chęci, nie zawsze mamy rację, nie wszystko robimy najlepiej, nie zawsze to inni są winni. Przecież prawda o nas jest taka, że każdy z nas ma, w czym się nawracać. Ale, jeżeli ktoś wdrukuje mi przekonanie, że nie ma we mnie żadnych słabości, a z każdym wyrzutem sumienia współczesność potrafi sobie poradzić (alkohol, papierosy, narkotyki, seks, itd.), no to faktycznie człowiek tak długo jest wartościowy, jak długo coś mu wychodzi. A jak coś zaczyna funkcjonować nie tak jak by się tego spodziewało, wtedy współczesny postęp proponuje np. rozwód, zmianę partnera, więcej swobodnego szaleństwa, ostatecznie samobójstwo, aborcję, in vitro, eutanazję. No, bo co, wszystko mogę sobie załatwić, ze wszystkim ja człowiek dam sobie radę. Tylko jakoś nie myśli się o tym, co dalej? Co po rozwodzie, co po aborcji, samobójstwie, eutanazji? O tym mało kto mówi. Rzadko w mediach, poradnikach, porusza się kwestię odpowiedzialności za swoje wybory życiowe, odpowiedzialności za fundamentalne zmiany w funkcjonowaniu swojej rodziny i do czego mnie te zmiany prowadzą. Owszem, są problemy, trzeba je próbować rozwiązywać. Ale głupim jest ten, który sądzi, że wszystkie problemy można szybko rozwiązać. Życie to nie fikcja literacka, którą można preparować jak się chce.

Dlaczego dzisiaj człowiek tak bardzo boi się być sobą? Dlaczego dzisiaj człowiek tak bardzo skrywa swoje autentyczne uczucia pod maską wiecznego luzu? Skąd się bierze tyle przypadków narkomanii, alkoholizmu? No właśnie stąd, że człowiek nie chce przyznać się do tego, że jest słaby, że potrzebuje pomocy, że sam nieporadzi sobie w życiu. Pewnie najlepiej jest „strzelić sobie działkę” „walnąć półlitra” i po kłopocie. Tylko jutro też jest dzień, uśpione problemy na nowo odżyją i co?
Człowiek dzisiaj, pewnie nie tylko dzisiaj, nie ma prawa mieć problemów, nie ma prawa się smucić, bo jak to inni odbiorą? Brak samoakceptacji realnej własnej kondycji, brak przyglądania się historii własnego życia, prowadzi do stworzenia takiego sztucznego obrazu siebie samego, takiego człowieka-maszyny, bez uczuć, bez pragnień, który by móc „normalnie” funkcjonować, nie powinien wchodzić w refleksję na temat własnego życia, bo po co? Przecież o wiele łatwiej i szybciej można rozwiązać napięcia, które są w nas, wystarczy sięgnąć po „zbawiennego” i „dobrego na wszystko” dopalacza. Nie mogę przecież przyznać się do tego, że jestem słaby i że bardzo, ale to bardzo potrzebuję Boga i Jego mocy.

niedziela, 20 września 2009

Duchowy katar



Czasem daje się słyszeć takie stwierdzenia: „nie czuję miłości Bożej”, „nie czuję tego, że Bóg jest przy mnie", „nie czuję potrzeby chodzić do kościoła”, „nie czuję potrzeby by się spowiadać”, itd. Wcale nie przypadkowo pada to stwierdzenie „nie czuję”. W nim wyraża się głęboka prawda o człowieku, który „nie czuje Boga”. Pytanie, które się rodzi brzmi:, dlaczego? Dlaczego nie czujesz Boga? Co ci się stało? Kto cię znieczulił? Na skutek, jakich wydarzeń doszło do twojego duchowego przeziębienia, które nie mija?

Człowiek zakatarzony ma zaburzony zmysł powonienia. Oprócz pieczących nozdrzy nic innego nie czuje. Czy aromat jest intensywny czy nie, dla osoby przeziębionej i tak nie ma to większego znaczenia. Nawet, gdy Bóg jest blisko, i woń Jego poznania unosi się w przestrzeni, np. podczas Eucharystii, zawirusowany człowiek i tak łaskawości Boga nie wyczuwa.

Grzech jak wirus przedostaje się do duchowego organizmu. Rozprzestrzenia się po całej duchowej przestrzeni, paraliżując normalne funkcjonowanie człowieka. Nie jest kłamstwem owe stwierdzenie, że Bóg jest niewyczuwalny, że nie można Go doświadczyć, poczuć. Jak można doświadczyć Boga, skoro receptory są poważnie uszkodzone?

Przychodzi mi tu na myśl ewangeliczne opowiadanie o bogaczu i łazarzu, a szczególnie końcówka tego opowiadania. Jest tam mniej więcej takie spostrzeżenie, że chociażby sam anioł zstąpił z nieba i tak nie uwierzą! Tyle jest na świecie znaków dowodzących istnienia Boga, tyle gestów Jego ojcowskiej miłości, a człowiek jak był tak jest dalej ślepy, głuchy i na niczym się nie zna. Najgorsze w naszym życiu jest to, że ani zimni, ani gorący nie jesteśmy, tylko tak lawirujemy po dwóch światach: po świecie łaski i świecie grzechu, trochę tu, trochę tu. I ciągle stoimy w przeciągach, stąd ten nasz duchowy katar.

środa, 2 września 2009

wierność


Jakże wiele kosztuje pozostanie wiernym. Co jakiś czas wkrada się chęć posmakowania grzesznej przyjemności, chęć doświadczenia czegoś nowego. Przeciwnik kusi atrakcyjnością grzechu, nęci przyjemnością, ulgą, odprężeniem, swobodą itp. Jakże trudno jest toczyć bój wobec tak zaistniałej sytuacji, wobec tak silnego bodźca. Na terenie duszy toczy się walka o jej nieskazitelność, czyli walka o Boga. Ktoś, wiemy kto, jest pełen nienawiści wobec Boga i całej Jego harmonii. Sama myśl, że człowiek może być szczęśliwy jest nie do zaakceptowania przez głównego nieprzyjaciela człowieka.

Co tak na prawdę daje wytchnienie i spokój duszy? Czystość serca, to że jestem wewnętrznie wolny, nie muszę się wstydzić, udawać. nie muszę uciekać i chować się w "krzakach" przed Bogiem. Mogę być sobą, mogę cieszyć się życiem, pomimo jego ciężaru. Mogę swobodnie poruszać się po świecie, bo jestem przez Boga usprawiedliwiony, bo opłukuję moją duszę w Jego miłości, a moje grzechy On sam zmazuje Swoją krwią.

Jakże wiele walki kosztuje tak rozumiana wolność. Nie jest łatwo być wolnym, być czystego serca, być niewinnym.

Jednak, najciężej jest nosić na sobie piętno Kaina. O wiele ciężej jest żyć z poczuciem winy, żyć ze świadomością, że zrobiłem coś nie tak, ciągle coś partaczę, ciągle jest nie tak, jak być powinno. Ktoś wtedy nachalnie szepcze do ucha: "zobacz jak obraziłeś Boga, zobacz jak jesteś niewdzięczny, zobacz jak niegodny jesteś, zobacz, jak zmarnowałeś łaskę, zobacz jak znowu zawiodłeś". I dalej dobija: "nie warto się starać, nie warto być wiernym i tak tobie to nie wyjdzie, prędzej czy później zawiedziesz, dasz plamę, odwrócisz się" itd.

wierność to walka od której zależy szczęście albo coraz mocniej rozwijająca się życiowa pustka.

niedziela, 23 sierpnia 2009

dotyk i doświadczenie


Spróbuj kogoś poczuć nie widząc go, nie słysząc jego głosu, nie doświadczając jego bliskości? Istnieją relacje międzyludzkie "w sieci", przyjaźnie na odległość, ale czy wzajemne szczęście i wzajemna miłość możliwe są poza cielesnością?

Ciało. W nim wyraża się Osoba Jezusa. Jezus przyszedł w ciele, żył pośród nas na sposób ciała, umarł w ciele i wciąż zaprasza nas, abyśmy żyli w Nim poprzez bliskość cielesną. Bliskość cielesna z Jezusem, to coś więcej niż pobożne myślenie o Bogu. To coś więcej niż pobożna modlitwa zanoszona do Pana. Sam Pan chce wkraczać w nasze życie bardzo konkretnie, wręcz namacalnie. On chce, namacalnie działać w moim życiu. Dlaczego tak wiele osób nie angażuje się w w rozwój swojej wiary, gdyż nie doświadcza swojej relacji z Nim, nie doświadcza Jego piękna, Jego boskiej miłości, która przewyższa wszelkie ludzkie pomysły na miłość.

Karmić się Jezusem to pozwolić Jemu, by swobodnie we mnie działał. ale, żeby tak faktycznie było, muszę, po prostu muszę trochę pomarnować dla Niego czas, po prostu muszę zacząć trwać przed Nim, spędzać minuty na biernym (z pozoru) trwaniu przed Jego obliczem. I tutaj nasza natura natrafia na olbrzymią trudność. Jesteśmy przyzwyczajeni, klikamy i strona ma się nam otworzyć albo przyciskam "play" i ma lecieć. A tu, na modlitwie klikam i czekam, przyciskam "play" i czekam. Wołam i czekam. Proszę i...czekam.

Poić się Krwią Pana to napełniać się Jego życiem. Krew w wielu kulturach jest symbolem życia. A więc nie chodzi tu tylko o spożywanie Najświętszych postaci, chodzi o coś więcej, o karmienie się Jego przykładem, Jego nauką, Jego Słowem.

Najtrudniej jest tym, "którzy nie wierzą". Niewiara wyraża się w tym, że:
1. Człowiek słucha i niesłyszy Radosnej Nowiny o swoim życiu
2. Człowiek trwa w kłamstwie, będąc nieustannie oszukiwanym przez diabła
3. Człowiek jest przez niego trzymany, aby przypadkiem nie zachciało mu się zmiany życiowej (takie szpony, w których diabeł nas trzyma, kiedy nie myslimy o zmianie naszego postępowania)

Chyba najcięższym grzechem przeciwko miłości jest lekceważenie Nauki Jezusa. Jezus mówi do człowieka, a człowiek Go lekceważy. Jezus udowadnia człowiekowi, że go kocha, a człowiek nic. Owszem, człowiek nazywa siebie zaszczytnym imieniem chrześcijanina, ale tak na prawdę, nie ma z nim w praktyce nic wspólnego.

Jezus zaprasza mnie do bardzo konkretnego życia w Nim, bycia bardzo blisko Niego, ale w mojej duszy jest ciasno, za ciasno, owszem dla wielu pseudowartości miejsce zawsze się znajdzie, ale żeby tak Pan mógł swobodnie działać w moim życiu? Stąd dopóki nie wypłynę na głębie, dopóty nie będzie we mnie szczęścia i pełni człowieczeństwa.

czwartek, 11 czerwca 2009

Ciało


Ciało jest czymś nam najbliższym. Rodzimy się w ciele, żyjemy w ciele i umieramy w ciele. W ciele przyszedł Pan do nas, w ciele umarł, w ciele zmartwychwstał. W ciele doświadczył cierpienia, odrzucenia. W ciele doświadczał radości (uczta w Kanie Galilejskiej). Każdy z nas w ciele doświadcza radości, smutku, cierpienia. Funkcjonujemy w ciele. Ciało jest jak pojazd, żeby funkcjonowało, trzeba o nie dbać. Poprzez nasze ciało zły duch znajduje dostęp do naszej duszy. Zły kusi nas najczęściej na różnego typu uciechy cielesne, pożądliwości, wygodnictwo, swobodę obyczajów itp. Właśnie leci "Crush into me" Dave Matthews Band-niesamowita wrażliwość tak przy okazji.

Na sposób cielesny przychodzi również do mnie Pan. On nie jest "czymś pozornym", On nie jest wytworem ludzkiego umysłu. Nie wymyśliłem sobie Go, jak chcieliby "materialiści". On faktycznie przychodzi do mnie pokorny, mały do tego stopnia, że można Go zamknąć w dłoni.

Ja człowiek cieleśnie tak potężny, On Bóg cieleśnie tak mały. co to za logika? Jaki jest w tym sens? O co ci chodzi Panie? Co chcesz przez to powiedzieć? Może to, że mogę zrobić z Tobą co chcę, mogę nie uszanować Twojej pokory i beszcześcić twoje Ciało. Mogę się do Ciebie przyzwyczaić i przestać Cię słuchać. Mogę okazywać nad Tobą swoją władzę zamykając Cię w swojej dłoni. Mogę nie dostrzec Twojej lekcji pokory.

"Kim jesteś Ty Panie, a kim ja?" wołał kiedyś św. Franciszek. Dziwna jest ta Twoja wielkość, dziwny jest ten Twój potężny majestat, dziwne jest to Twoje milczenie. Nie pasujesz do obrazu bóstw potężnych, złowrogich, nieubłaganych... Ty Panie mój jesteś Mały, Skromny, Pokorny, Czysty, Cichy, Łagodny, Bezbronny, Delikatny.

Czy ja taki jestem...czy chcę być...

niedziela, 31 maja 2009

Zasmakować Boga


"Kto Ciebie Boże raz pojąć może, ten nic nie pragnie ni szuka". Jednym z problemów nas chrześcijan jest to, że rzadko smakujemy jak słodki jest Pan. Gdzieś trudno nam oderwać się od "smaczków tego świata". Nie delektujemy się Panem w Jego Słowie, Sakramentach. Paciorek w pośpiechu, "świąteczna spowiedźka" i "wybrakowana" Msza w Niedzielę, wybrakowana bo pozbawiona najważniejszego-Chrystusa Eucharystycznego w sercu. Czy żywienie się tylko kanapkami wystarcza, nasyca? Tym czym kanapki bez obiadu, tym modlitwa bez Sakramentu. I tacy wiecznie nienasyceni, nienajedzeni, nie spełnieni.

Czym można zaspokoić głód miłości?

Nowa jakość życia jaką wysłużył Chrystus czy jest moją rzeczywistością? Doświadczenie autentycznej miłości i wolności to tylko marzenie, piękny ideał, czy naturalne konsekwencje działania Ducha Świętego we mnie? A może to istnieje obok mnie, a ja tego nie widzę, nie wierzę, że wolność i piękno są w zasięgu ręki? Może jestem za leniwy albo za bardzo przywiązany do "ziemskości" i nie chcę "wypłynąć na głębię"?

O Panie, który Jesteś miłością, rozlej ją w moim sercu dzisiaj, obficie, bym mógł rodzić się na nowo. Ty, który jesteś pełen potęgi, Ty który władasz przestworzami, ulituj się nade mną. Ty, który pełen potęgi rządzisz wiecznością i czasem, nie pozwól, by dzieło Twojej miłości uległo zniszczeniu i zagładzie.